Kambodza zegnala nas pochmurna i deszczowa pogoda - myslelismy, ze wymarzona jak na podroz samochodem przez 150 km do granicy - jakze sie mylilismy...
Kambodzanie postanowili wyprobowac na tym odcinku wszelkie mozliwe rodzaje nawierzchni, a wiec trasa pokryta jest blotem, szutrem, utwardzona glina, szutrem, plytami konstrukcyjnymi lub niekiedy nawet asfaltem - przewaza jednak bloto.
Ow odcinek 150 km udalo nam sie przejechac w 5,5 godziny (droga teoretycznie obliczana jest na 3 godziny jazdy), bo w zasadzie tylko trzy razy utknelismy na dluzej w korku jaki tworzyly zagrzebane po osie w blocie ciezarowki.
Nasz kierowca okazal sie bardzo dowiadczonym fachowcem, do tego stopnia ze inni kierowcy ktorymi w takich sytacjach probowal kierowac dostosowywali sie do jego polecen - tylko raz chceli go pobic, co nieco nas zdenerowowalo, bo zastanwialismy sie kto w razie jego absencji poprowadzi samochod dalej.
Nasz bangkokowy hotel okazal sie bardzo przyjemny, a teraz po obmyciu sie pod kranem i zjedzeniu pierwszej kolacji udalismy sie na zwiedzanie miasta.
Wazne pytanie - czy ktos z Was ma zaprzyjaznionego lekarza chorb tropikalnych, bo zastanawiamy sie nad kwestia czy po "Malaronie" mozna miec halucynacje, czy tez mamy to od czego innego? (jedno z nas (nie wymieniajac nazwisk widzi wszedzie khmerskie twarze, a drugie nuci khmerska melodie).