sobota, 22 marca 2008

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Wyladowalismy w Warszawie, a wiec oficjalnie zakonczylismy nasza podroz!

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Przed nami ostatni etap podrozy powrotnej-wylatujemy wlasnie do Warszawy!

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Mimo opoznienia startu z Singapuru, w Londynie wyladowalismy o czasie-teraz 3 godzinne oczekiwanie na wylot do Warszawy.

piątek, 21 marca 2008

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Odlatujemy do Londynu-przed nami 13 godzin w powietrzu.

Ostatni dzien naszej podrozy

Poniewaz na lotnisku w Singapurze internet jest za darmo (ale tylko przez 15 min. ;), wiec korzystajac z okazji postanowilismy jeszcze skrobnac kilka slow przed odlotem do domu :)
Dzisiejszy dzien spedzilismy na zwiedzaniu (choc lepiej pasowalo by okreslenie podrozowaniu po) Singapuru - po wymeldowaniu sie rano z hotelu pojechalismy na lotnisko, gdzie zostawilismy nasze bagaze w przechowalni i udalismy sie na wyspe Santoza - tradycyjne miejsce spedzania wolnego czasu przez mieszkancow miasta. Wbrew pozorom (mapie) miasto jest bardzo rozlegle i choc przemieszczanie sie po nim nie sprawia problemow, to jest bardzo czasochlonne. Na Santoze jechalismy z lotniska Skytrain (podniebna kolejka), dwom liniami metra i Cable Car (kolejka linowa) - dotarcie na wyspe zajelo nam 3 godziny. Jest ona jednym wielkim parkem rozrwyki z ogrodem botanicznym, wesolym miasteczkiem, osrodkiem wypoczynkowym, barami, hotelami etc. a wszystko przygotowane z ogromna dbaloscia o szczegoly (a przede wszyskim o korzystajacych z tych rozrywek - tak by mogli maksymalnie sie zrelaksowac - czego dobrym przykladem sa schody ruchome na wzgorze znajdujace sie w centrum wyspy).
Po zwidzeniu wyspy dotarlismy z powrotem na lotnisko, gdzie za ostatnie pieniadze zjedlismy kolacje i wczesniej odprawilismy sie na lot do Londynu dzieki uprzejmosci pani w British Ariways - czekamy juz na wylot za 1.5 h.

czwartek, 20 marca 2008

Znow w Singapurze

Pieciogodzinne opoznienie wylotu z Phuket do Singapuru z jednej strony zezloscilo nas - bo moglibysmy o te kilka godzin dluzej pospac, a z drugiej strony zmartwilo, bo przez to na miejscu mielismy mniej czasu do dyspozycji na zwiedzanie miasta. W konsekwencji udalo nam sie wieczorem dotrzec do symbolu miasta, czyli lwa plujacego woda do portu, dlugiego baru w Hotelu Raffels, teatru w ksztlcie owocu-jeza, zjedlismy kolacje w reastauracji sushi i wypilismy pare piw (w tym rowniez Guiness'a) na bulwarze nadrzecznym - do ktorego dotarlismy w czasie naszej poprzedniej bytnosci w tym miescie trzy tygodnie temu. Innymi slowy w dniu dzisiejszym zamknelismy petle naszej wycieczki :)Singapur robi wrazenie - jest miastem czystym, swietnie zorganizowanym i jest mocno ztechnicyzowany (nowoczesne rozwiazanie techniczne sa tu wykorzystywane na kazdym kroku).Hotel nasz stoi w dzielnicy rozpusty i jest w zasadzie wynajmowany na godziny, ale i tak zapewnia nam calkiem wygodne warunki bytowe. Nie wiemy jednak czy nasz pokoj podczas naszej nieobecnosci nie zostal na kilka godzin wynajety ;)

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Kolejny raz wyladowalismy w Singapurze ;)

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Wreszcie wylatujemy do Singapuru!

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Pobudka o godz. 5.30, polgodzinny przejazd na lotnisko - a tu okazuje sie,ze odlot do Singapuru mamy opozniony o 5 godzin.

środa, 19 marca 2008

Ostatni dzien w Tajlandii

Dzis byl nasz ostatni caly dzien spedzony w Tajlandii, a wiec poswiecilismy go wylacznie na leniuchowanie - dlatego zdjec zadnych w relacji nie zamieszczamy.
Byczylismy sie na plazy i nad hotelowym basenem, a wieczorem oddalismy sie po raz ostatni w rece tajskich masazystek.
Pozegnalismy sie w nocy z morzem i zaczelismy przygotowania do odwrotu.
Od poczatku naszej wyprawy zauwazylem, ze moj zarost wzbudza u Tajow duze zainteresowanie, graniczace z podziwem - a jak sie okazalo wynika to z faktu, ze u nich nawet starsi wiekiem faceci nie moga pochwalic sie gesta broda - jak widac nie na darmo jestem leniwy i od samego poczatku postanowilem sie nie golic :)
To co najbardziej podobalo mi sie w Tajlandii to wszechobecny usmiech na twarzach mieszkancow tego kraju i to nie tylko w sytuacjach dotyczacych kupna-sprzedazy, ale tez ten zupelnie bezinteresowny....

wtorek, 18 marca 2008

Ostatnia wycieczka fakultatywna

Wczoraj zepsul sie nam nasz maly aparat cyfrowy - z ktorego jest wiekszosc zdjec publikowanych na naszym blogu. Szczesliwie uszkodzenie okazalo sie niegrozne - padl wyswietlacz - wiec nadal mozna robic nim zdjecia przy wykorzystaniu celownika przeziernikowego (teraz wiec jest tak jak przy fotografowaniu aparatem analogowym - dopoki nie podlaczy sie aoparatu do komputera nie wiadomo co tak na prawde jest na fotografiach).
Dzisiaj podzielilismy sie grupy zadaniowe - Karolina udoskonalala swoja opalenizne oraz zadbala o wyglad, my zas wybralismy sie na ostatnia w czasie naszego wyjazdu wycieczke fakultatywna. Na szczescie rozpoczynala sie ona dopiero o 11.00 wiec moglismy sie wyspac i w spokoju zjesc sniadanie.
Zaraz potem pojechalismy do swiatyni Buddy (to juz 72 posag Buddy ktory ogldalismy jako zabytek ;) usytuowanej w jaskini - sama swiatyni nie byla atrakcyjna - wazniejsza rzecza byly mieszkajace w niej malpki, ktore mozna bylo karmic - wiec poswiecilismy im cala sesje zdjeciowa.
Po tym obiekcie udalismy sie na lunch - bardzo dobre i ciekawe tajskie jedzenie - mozna rzec przekrojowe - bo byla ryba, kurczak i wieprzowina w sosie slodko-kwasnym, tradycyjna tajska zupa tom-yam, omlet oraz owoce.Z
Po deserze zabrano nas na wycieczke jaskiniowym strumieniem - najpierw pontonem, potem ratwa, a ostatni odcinek na wlasnych nogach brodzac po kolana w wodzie.
Przy okazji oczywiscie nie obylo sie bez zabawnych sytuacji, bo ja schodzac z pontonu oczywiscie wywalilem sie prosto w wode, ladujac w niej po as - przy okazji w zanurzenie poszedl nasz maly aparat (ten wczoraj co sie zepsul). Po kwadransie zorientowalem sie, ze w kieszeni spodni w ktorych sie zanurzylem mialem rowniez telefon. Aparat o dziwo przezyl bez szwanku kapiel, telefon zaraz po wydobyciu z wody dzialal, po wysuszeniu nie chcial sie wlaczy, ale jak jeszcze troche polezal to sie jednak zdecydowal uruchomic - nie ma to jak poczciwa stara Nokia.
Po podziemnej rzece pojechalismy na przystan lodzi skad poplynelismy na wyspe z plaza gdzie krecowny byl odcinek przygod Jemsa Bonda "Czlowiek ze zlotym pistioletem" - super sprawa - wysepka robi kolosalne wrazenie!
Potem zwiedzalismy jeszcze muzulmanska wioske wybudowana na palach, gdzie pierwszy raz w zyciu widzialem na zywo homara i latajaca rybe.
Wrocilismy do hotelu syciu wrazen, by zastac odmienieniona Karole - nwa fryzura i poprawiona opalenizna! Po kolacji udalismy sie na druga przymiarke sukienki i bluzek, ktore u swojego tajskiego krawca zamowila Karolina - szczegolowy reportaz zostal przygotowany, ale ze wzgledu na glosny protest zainteresowanej nie zostanie on opublikowany - zdjacia z niego po uiszczeniu oplaty 1000 baht'ow moga zostac przeslane na prywatne adresy mailowe.

poniedziałek, 17 marca 2008

Rejs po Morzu Andamanskim

Dzis odbylismy wyprawe morska na archipelag tropikalnych wysp Phi Phi. Wczesnym rankiem (tradycyjnie sie nie wyspalismy) wyplynelismy z Phuket i po poltora godzinnym rejsie dotarlismy do malowniczej plazy Maya Bay, gdzie krecony byl film z Leonardo Di Caprio "Niebianska plaza". Tam odbylismy snurkowanie (od niemieckiego slowa Schnorhel - chrapy czyli urzadzenia do pobierania powietrza i oddawania spalin przez zanurzony okret podwodny). Bylo widac male rybki kolorowe, ktore bardzo chetnie zjadaly rzucany im chleb tostowy (ciekawe czy polski razowy tez by im smakowal - na marginesie wlasnie zaczyna nam juz brakowac smaku prawdziwego polskiego pieczywa).
Po wytaplaniu sie w zatoczce poplynelismy na rejs w okolo archipelagu, a po jego zakonczeniu usiedlismy do lunchu na plazy - ku naszemu zaskoczeniu bardzo dobremu i obfitemu. Po posilku panie udaly sie do SPA, a ja oddalem sie swojemu ulubionemu zajeciu czyli wlewaniu w siebie kolejnych piw w restauracji na plazy, z ksiazka w reku (zeby wygladac inteligentniej). Panie zostaly grutowanie wymasowane przez tajskie specjalistki od mazsazu i tak rozleniwione, ze zaraz po odbiciu od brzegu statku wiozacego nas w droge powrotna, usnely.
Wieczorem dokonalismy kapieli w morzu przy zachodzie slonca i poszlismy na kolacje.
Nie wiem czy pisalismy juz o tym wczesniej, ale niestety Tajlandia w sposob charakterystyczny smierdzi - kazdy kto byl tu juz wie o co chodzi - jest to smrod wyziewow kanalizacyjnych z otwartych studzienek - i czy to ekskluzywna ulica w Bangkoku, czy Kanchanaburi, czy tez nadmorski deptak w Patong wszedzie towarzyszy on zwiedzajacym.
Nauczylismy sie od Tajow poslugiwac sztuccami - wszystko jedza lyzka i widelcem (nie uzywajac noza) - widelec sluzy do nagarniania potraw na lyzke, ktora podaje pozywienie do ust - bardzo praktyczne i skuteczne rozwiazanie, ktore przypadlo nam do gustu!

niedziela, 16 marca 2008

Zasluzony wypoczynek nad morzem

Dzisiaj wreszcie po raz pierwszy w czasie calej naszej wycieczki mnie rowniez udalo sie wyspac - wygodne lozko, niezbyt upalna noc, a przede wszystkim zmeczenie po calodobowej podrozy zrobily swoje i zasnalem kamiennym snem.
Wczoraj, poniewaz wreszcie moglismy oddac sie prawdziwemu wakacyjnemu relaksowi i sprawdzic jakie rozrywki oferuje turystom tajski kurort nad Morzem Andamanskim, nie starczylo nam juz sil, zeby uzupelnic realcje z naszej wyprawy - dlatego dzisiaj nadrabiamy zaleglosci.
Podroz z Kanczanaburi nad morze rozpoczelismy od 2 godzinnej jazdy z nad rzeki Kwai do Bangkoku (startujac o 13.30) - niestety Tajlandia ma dosc dziwnie rozwiazana siec dorgowa, wiec jazda na poludnie nad morze, wymagala od nas przejazdu do Bangkoku. W stolicy znalezlismy sie okolo 15.30, po dosc meczacej jezdzie po brzegi wyladowanym busikiem (tak, ze pod nogami musielismy trzymac plecaki). Bagaze zlozylismy w siedzibie biura podrozy i korzystaja z ponad dwugodzinnej przerwie w podrozy poszlismy na spacer do mekki turystow w stolicy Bangkoku, czyli na ulice Kaosan. Tutaj poszwendalismy sie miedzy starganami, posiedzielismy w kafejce, zalatwilismy rezerwacje hotelu nad morzem i wrocilismy do biura przewoznika. Tam okazalo sie, ze do Phuket i w ogole na morze, wybiera sie z nami mnostwo innych turystow. O 18.30 przeszlismy na ulice przy ktore zatrzymuja sie autokary dalekobiezne. O 19 zapakowano nas do autobusu o teoretycznie podwyzszonym standardzie - tutaj nazywanego VIP bus - w srodku, o dziwo okazalo sie, ze nazwa prawie w pelni odpowiada oferowanym warunkom, bo nie dosc, ze kilmatyzowany i z przyzwoita toaltea, to autobus tan mial fotele rozkladane praktycznie do poziomu i dzieki zmniejszonej ilosci siedzen bardzo duza przestrzen na nogi.
Tak podrozowalismy do 5.30. Nigdy do tej pory nie spalem tak twardym snem w autobusie. Wszystko bylo by ok gdyby nie to, ze co jakis czas trafialy nam sie kilkunasto minutowe przerwy - niepotrzebne, bo wyrywajace tylko ze snu - bo nic kupowac nie zamierzalismy, skoro solidnie zaopatrzylismy sie na droge przed wyjazdem. O 5.30 dotarlismy do miejscowosci bedacej punktem przesiadkowym dla wszystkich osob jadacych na wybrzeze. Stad juz rozjezdzalismy sie w rozne strony - do Krabi, Phuket etc. innymi srodkami komunikacji (tuk-tukami, busikami, czy tez otwartymi pikapami. My musielimsy poczekac w biurze podrozy 1,5 h na kolejny transport do Phuket. O 7.00 wyruszylismy na kolejny 3 godzinny odcinek naszej podrozy do miejscowosci Phuket, na wyspie o tej samej nazwie. W busiku okazalo sie, ze z nami jedzie jeszcze 2 Polakow (co nie dziwilo nas juz wcale, bo naszych rodakow spotykamy doslownie wszedzie). Podroz do Phuket znowu przerwana bylo postojem na kilkanascie minut na jakims parkingu z lokalnymi smazalniami wszystkiego co da sie zmiescic na patelni :) W Phuket od razu zorganizowany zostal nam przejazd do Patong na wschodnim brzegu wyspy, gdzie zarezerwowalismy sobie noclegi, wiec po krotkiej przerwie wyrzuszlismy na ostatni (najkrotszy - ok. 20 min.) tego dnia etap podrozy. Do hotelu dotarlismy okolo godz. 11.00 brudni, smierdzacy, przepoceni, glodni, kompletnie wykonczeni, wiec postanowilismy wziasc tylko kompiel, rozpakowac rzeczy i po zjedzeniu posilku zalec na plazy. Co tez uczynilismy - wytaplalismy sie w morzu, rozpoczelismy doskonalenie naszej opalenizny, zjednilsmy obfity obiad z deserem i zasiedlismy do ogladania zachodu slonca na tarasie restauracji z drinkiem w kokosie.
Ceny na Phuket sa znacznie wyzsze niz w Bangkoku czy tym bardziej Kanchanaburi - od razu widac, ze jest to kurort nastawiony na dojenie turystow.
Obserwujac turystow zagranicznych w calej Tajlandii, od razu rzuca sie w oczy charakterystyczny widok - panowie podrozujacy samotnie lub w dwu osobowych zespolach, z reguly zatrudniaja sobie do towarzystwa na czas pobytu w tym kraju jakas ladna, mloda Tajke. Co ciekawe takie pary nikogo z miejscowych nie dziwia i sa zawsze serdecznie odbierane wszedzie tam gdzie sie zatrzymuja - widac korzysc jest obustronna Tajska przewodniczka moze skorzystac z opieki bogatego, zachodniego turysty, a miejsca w ktorych sie zatrzymuja zarabiaja dzieki temu, ze do nich prowdzi ona swojego tustyste.
Aha i musze to z czystym sumieniem przyznac, ze idea posiadaniu tu przy sobie ciagle malego reczniczka (do wycierania sie z potu) jest ze wszechmiar sluszna, bo jak sie okazuje takie cos maja ze soba rowniez miejscowi tak w Tajlandi, jak i w Kambodzy :)
Przy okazji zamieszczamy tez uproszczna mapke trasy naszeg zwiedzania:
1 - Singapur,
2 - Kuala Lumpur,
3 - Siem Reap,
4 - Bangkok,
5 - Ayutaya,
6 - Kanchanburi,
7- Patong.

sobota, 15 marca 2008

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Po 16 godz. podrozy rozmaitymi srodkami transportu, dotarlismy wreszcie nad morze! Szczegoly niebawem.

piątek, 14 marca 2008

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Wlasnie rozpoczelismy 900-kilometrowa podroz autokarem na poludnie Tajlandii, na wyspe Phuket.

W podrozy na poludnie

Disiaj wreszcie moglismy sie wyspac - ale poniewaz na naszej barce bujalo, wiec nie wszyscy mogli z tej okazji skorzystac :( Po sniadaniu byczylismy sie nad woda rzeki Kwai, a po drugim sniadaniu o 13.30 wyruszylismy do Bangkoku skad wieczorem wyruszamy autokarem na poludnie. Na razie jednak wydajmy nasze ciezko zapracowane batowki na zupelnie niepotrzebne nam rzeczy na shopingu na Khaosan :)

czwartek, 13 marca 2008

Rafting, tracking, sloning i wodospading

Tradycyjnie wstalismy jeszcze za nim na dworze pojawil sie blady swit i zaraz po sniadaniu pognalismy na czekajace nas atrakcje. A trzeba przyznac, ze dzisiejszy program byl bardziej niz napiety. Z samego rana mielismy mozliwosc przejechac sie na sloniach - Karolina i Asia bezposrednio na ich grzebietach. Zaraz potem splynelismy rzeka Kwai na bambusowych tratwach. Po tej atrakcji zostal nam zaserwowany tajski posilek - w niebywale obskurnej i podrzednej knajpie zjedlismy o dziwo bardzo dobry lunch. Chwile odpoczelismy po nim, a nastepnie zaprowadzono nas w gore najwyzszego w tej czesci Tajlandii wodospadu - podejscie pod niego teoretycznie trwa okolo godziny, dlatego nam udalo sie to w ciagu 40 minut - kosztowalo nas to sporo zdrowia, bo wedrowka po gorach w tropiku do przyjemnosci nie nalezy (przepocilem na wylot plecak, ktory mialem caly czas na plecahc :) , ale satysfakcja z dotarcia na miejsce przed wszystkimi rekompensowala wysilek :)









Zmeczenie wzielo gore nad zapalem i w drodze do kolejnej atrakcji spalismy w busie jak zabici, a po obudzeniu w ogole nie moglismy sie odnalezc. Wyladowalismy na stacji stacji starej kolei tajlandzekiej, ktorej torowisko budowali alianccy jency wojenni w czasie II WS - ich tymaczasowy oboz pracy znajdujacy sie w pobliskiej jaskimi mielismy mozliwosc obejrzec. Pol godziny pozniej jechalismy po tym wlasnie torowisku, rozklekotana kolejka. Na koniec naszej dzisiejszej wyprawy d0tarlismy nad historyczny most na rzece Kwai wzniesiony rekami alianckich jencow - co prawda nie zachowala sie oryginalna budowla z tego okresu, a tylko przesla na ktorych stoi nowy most kolejowy - ale fakt pozostaje faktem.









Zmeczeni, ale szczesliwi dotarlismy do hotelu na kolecje.

środa, 12 marca 2008

Tygryski










Rano opuscilismy Bangkok i lokalnym autobusem, tanio i bez wikszych komplikacji dotarlismy do Kanchnaburi nad historyczna rzeka Kwai. Na dworcu z nabyta juz nieufnoscia splawilismy naganiaczy, co jak sie w konswkwencji okazalo nie bylo strategicznym rozwiazaniem, bo naganiali nas i tak do naszego docelowego miejsca zakwaterowania. Okazalo sie ono nie dosc, ze wygodne, to jeszcze pokoje znajduja sie na tratwie stojacej wlasnie na rzece Kwai. Po obiedzie pojechalismy do kluczowego dla wszystkich turystow odwiedzajacych Tajlandie miejsca, czy swiatyni tygrysow - gdzie mnisi buddyjscy hoduja w celach komercyjnych tygrysy, bo zdzierac za mozlwiosc zrobienia sobie z nimi zdjecia slone pieniadze na turystach - a wiec nie moglismy odmowic sobie takiej atrakcji - zdjecia w zalaczeniu. Jutro jedziemy na slonie.



Serdecznie pozdrawiamy wszystkich a biezaco czytajacych nasz blog! :)






Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Z samego rana opuszczamy Bangkok i jedziemy autobusem z tubylcami do Kanchanaburi ogladac tygrysy

wtorek, 11 marca 2008

Dalsze zwiedzanie okolic Bangkoku






Znowu pobudka w srodku nocy (godz. 5.00) zeby wczesnie rano dotrzec na plywajacy targ pod Bangkokiem.



Prawde mowiac Tajlandia jednak troche nas rozczarowala (moze ta uwaga dotyczy tylko Bangkoku - zobaczymy) - Tajowie nastawieni sa maksymalnie na skuteczne dojenie turystow i nie odpuszcza zadnej sytuacji, zeby tego nie zrobic - stad obecnie kazdego mieszkanca traktujemy jako potencjalnego naciagacza, dopoki nie udowodni ze nim nie jest - moze to niesprawiedliwe podejscie, ale pozwala uniknac nieprzewidzianych kosztow i rozczarowan. Poruszanie sie po Bangkoku taksowka jest nieporozumieniem - 90% kierowcow nie mowi po angielsku, nie zna miasta i nie potrafi czytac mapy - gorzej, ze mimo iz nie wiedza gdzie jechac probuja cie tam zawiesc, co w ich przekonaniu jest szczytem uprzejmosci, a ciebie doprowadza do szczytu irytacji - dzisiaj trzy razy mielismy taka sytuacje i nasza nienawisc do tajlandzkich taksowkazy jest juz ugruntowana. Szczytem jest juz dwukrotna odmowa zawiezienia nas gdziekolwiek, bo im sie nie chcialo - to w takim razie po cholere sie w ogole zatrzymywal???!
Targ plywajacy tez nie zachwycil nas - jest to typowe miejsce nastawione na wciskanie turystom calej tej tajlandzkiej "cepeliady". Przez awarie autokaru - przedpoludniowa wycieczka przedluzyla nam sie do poznych godzin popoludniowych. Po poworcie do stolicy przeszlismy sie po centrum zdjedlismy obiad i powedrowalismy na Zlota Gore oraz nad rzeke, skad znowu taksowkarz nie potrafil odwiesc nas do hotelu, dzieki czemu czekal nas kolejny spacer - czyli w sumie na nogach bylismy dzisiaj 16 godzin.



poniedziałek, 10 marca 2008

Okolice Bangkoku






Bangkok obecnie na szczescie nie jest bardzo zakorkowany - nie bardziej niz Warszawa - a mielismy okazje poruszac sie po nim w godzinach szczytu porannego i popoludniowego. Odkrylismy, ze transport publiczny (taksowki, podniebna kolej etc.) jest znacznie tanszy niz popularne tuk-tuki, ktorych kierowcy sa zwyklymi naciagaczami, zdecydowanymi doic na kazdym kroku turystow (mozliwosc nogocjacji cen z nimi to bzdura – zawsze rzucaja cene zaporowa, z ktorej nie chce schodzic (przyklad: za przejazd na odcinku, za ktory w taksowce zaplacilismy 80 batow, kierowca tuk-tuka zadal 200 batow, a jak zaproponowalismy mu 100 batow za kurs to bez sklowa odjechal – stad ludzie ci stracili juz nasza sympatie) – pomijajac juz, ze nie znaja miasta po ktorym jezdza I trzeba uwazac gdzie nas zawoza.
Zastanawia nas spoleczna funkcja mnichow buddyjskich - wedle literatury, to ludzie zyjacy w ascezie, srodki do zycia otrzymujacy z darowizn innych ludzi - jak w takim razie do takie wizerunku ma sie poslugiwanie sie przez nich nowoczesnymi aparatmi fotograficznymi, telefonami komorkowymi czy kupowanie imperialistycznych napojow gazowanych (Pepsi-Cola) na ulicy?(aha, co do mnichow to zabronili nam siadac obok nich na promie, bo podobno nie wolno sie do nich dotykac - to dopiero bzdura, zwlaszcza, ze to oni dosiedli sie do nas a nie my do nich).
Dzis z samego rana jak we wczesniejszym poscie napisalismy, udalismy sie do Ayuttayi (75 km od stolicy), by obejrzec ruiny czterech swiatyn buddyjskich. Przejazd na dworzec autobusowy, a nastepnie na miejsce, okazal sie sprawa zupelnie nieskomplikowana. Ku naszemu rozczarowaniu odnieslismy wrazenie, ze na prowincji Bangkoku jest znacznie gorecej niz w samym miescie. Zwiedzaniew zwiazku z tym okazalo sie dosc meczace. Ale warto bylo, bo zabytki okazaly sie bardzo ciekawe i przede wszystkim malownicze. A w restauracji obok jednej ze swiatyn serwowana byla swietna herbata z lodem.
Zglodniali i wymeczeni poznym popoludniem wrocilismy do Bangkoku, gdzie w pierwszej kolejnosci rzucilismy sie na poszukiwanie jedzenia. Dzis pierwsz raz w zyciu Michal jadl sushi i bardzo przypadlo mu ono do gustu :)
Wrazenia nasze po dwoch dniach zwiedzania stolicy Tajlandii mocno ewoluowaly. Pierwszego wieczoru po przyjezdzie nie ukrywam, ze bylismy mocno rozczarowani – wszechobecny smrod kanalizacji mieszajacy sie z wyziewami gastronomicznymi i potegowany przez upal mocno nas zniechecil. Jednak nastepnego dnia, gdy zaczelismy odkrywac poszczegolne atrakcje zainteresowanie nasze tym miastem zaczelo wzrastac I teraz podoba nam sie do tego stopnia, ze postanowilismy przedluzyc w nim nasz pobyt o jeden dzien, a wiec jeszcze jutro stad nie wyjedziemy.
A teraz kilka zaleglych zdjec z wczoraj :)

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Z samego rana wyruszamy na zwiedzanie okolic Bangkoku

niedziela, 9 marca 2008

Zwiedzamy Bangkok

Niestety dzisiaj zadnych zdjec nie zalaczymy do naszej relacji z przyczyn od nas niezaleznych (w knajpie w ktorej obecnie siedzimy komputery nie maja ze wzgledow bezpieczenstwa aktywnych zlaczy USB :( Zastanawialismy sie dzisiaj na faktem, ze wszystkie miasta azjatyckie jakie do tej pory zwiedzalismy nie mialy czegos co w tradycyjnym eurpejskim miescie traktowane jest jako rynek / starowka - Bangkok potiwerdzil ta nasza obserwacje. Od 10.00 rano prze 11 godzin zwiedzamy miasto - jak zwykle plan jest napiety, bo miejsc do zobaczenia bylo duzo. Mapy otrzymalismy co prawda za darmo, ale skutecznie utrudniaja sprawne poruszanie sie po nim. Nadal nie jestesmy zmeczeni - byc moze to zasluga hotelu w ktorym nocujemy - nosi on nazwe "De Moc". Podczas zwiedzania poszczegolnych, najwazniejszych swiatyn buddyjskich Bangkoku nierozwiazana dla nas do tej pory zagadka pozostaje fakt, ze w kazdej z paszczy lwow strzegacych wejsc do swiatyni znajduje sie ruchoma kamienna kulka. Pogoda nas dzisiaj nie rozpieszczala i w zasadzie przez caly dzien (z pewnymi przerwami) z nieba lal sie zar. Do jednej ze swiatyn poplynelismy nawet promem. Po poludniu zwiedzlismy nowoczesna czesc miasta z centrami handlowymi, a obecnie zwreszcie cos zjedlismy.

sobota, 8 marca 2008

Sniadanie w Kambodzy - kolacja w Bangkoku




Kambodza zegnala nas pochmurna i deszczowa pogoda - myslelismy, ze wymarzona jak na podroz samochodem przez 150 km do granicy - jakze sie mylilismy...
Kambodzanie postanowili wyprobowac na tym odcinku wszelkie mozliwe rodzaje nawierzchni, a wiec trasa pokryta jest blotem, szutrem, utwardzona glina, szutrem, plytami konstrukcyjnymi lub niekiedy nawet asfaltem - przewaza jednak bloto.
Ow odcinek 150 km udalo nam sie przejechac w 5,5 godziny (droga teoretycznie obliczana jest na 3 godziny jazdy), bo w zasadzie tylko trzy razy utknelismy na dluzej w korku jaki tworzyly zagrzebane po osie w blocie ciezarowki.
Nasz kierowca okazal sie bardzo dowiadczonym fachowcem, do tego stopnia ze inni kierowcy ktorymi w takich sytacjach probowal kierowac dostosowywali sie do jego polecen - tylko raz chceli go pobic, co nieco nas zdenerowowalo, bo zastanwialismy sie kto w razie jego absencji poprowadzi samochod dalej. Na 50 km przed granica zatrzymalismy sie w urokliwym, kompletenie pograzonym w blocie miasteczku, gdzie moglismy wreszcie skorzystac z hmm...toalet. Zaraz potem pognalismy do przejscia granicznego, gdzie oczywiscie nie obylo sie bez biurokratycznych zawirowan. Zaraz za przejciem dalismy sie zlapac lokalnemu naganiaczowi na busik do Bangkoku, ktory mial nas do niego dowies w ciagu 3,5 h, ale w rzeczywistosi przyjechal jednak znacznie wczesniej, wiec interes mimo wszystko oakzal sie oplacalny. Tym bardziej, ze za cala podroz dla jednej osoby zaplacilismy ok. 15 PLN, a jechalismy we wmiare komfortowych warunkach.
Nasz bangkokowy hotel okazal sie bardzo przyjemny, a teraz po obmyciu sie pod kranem i zjedzeniu pierwszej kolacji udalismy sie na zwiedzanie miasta.
Wazne pytanie - czy ktos z Was ma zaprzyjaznionego lekarza chorb tropikalnych, bo zastanawiamy sie nad kwestia czy po "Malaronie" mozna miec halucynacje, czy tez mamy to od czego innego? (jedno z nas (nie wymieniajac nazwisk widzi wszedzie khmerskie twarze, a drugie nuci khmerska melodie).

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Dotarlismy dosc szybko z granicy do Bangkoku busikiem i zakwaterowalismy sie w fajnym hotelu w centrum.

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Jestesmy juz w Tajlandii - ale podroz do granicy kambodzansko-tajlandzkiej wymaga osobnego, obszernego komentarza ;)

Wiadomosc wyslana z telefonu komorkowego o numerze 501500252

Kambodza zegna nas deszczem - wlasnie jedziemy taksowka do granicy z Tajlandia.

piątek, 7 marca 2008

Karolina - Angelina i inne new'sy





















































































































































































































































































Kuchnia kmerska jest bardzo smaczna, nie za ostra (jezeli nie przegryza sie malych czerwonych papryczek ;) ale przyprawiona zdecydowanie. Jedlismy oczywiscie sztandarowe lokalne danie “Khmerski amok” – wieprzowine, rybe i kurczaka w sosie orzechowym – potrawa ta bardzo przypadla nam do gustu, tak jak i potrawa z rosliny podobnej do cukinii / baklazana nazywanej “jajecznik”. Na hotelowe sniadanie otrzymujemy omlet z szynka, przypieczona bagietke (maja tu normalne pieczywo w odroznieniu od Singapuru i Malezji, gdzie jedzone jest pieczywo o smaku papieru i konsystencji waty).
W odpowiedzi na Pawla pytanie, z komentarza do poprzedniego postu, dotyczace piwa to ku naszej radosci tutejsze piwo “Angkor” sprzedawane jest w butelkach o satysfakcjonujacej pojemnosci 0,64 l :) Do piwa, co wazne gratisowo zawsze dodawane sa prazone w ciekawy sposob orzeszki ziemne. Koszt porzadnego posilku dla trzech osob, ktore jeszcze do tego lubia sobie popic wynosi okolo 9 dolarow za calosc.

Zabytki w Kambodzy, ktore stanowia o jej turystycznej atrakcyjnosci po za tym, ze sa wspaniale, to przede wszystkim nie sa w zasadzie w zaden sposob pilnowane – owszem przy wejsciu do kazdego obiektu stoja osoby zajmujace sie sprawdzaniem biletow, ale to jedyny personel. We wszystkich odwiedzanych przez nas miejscach, na kazdy z obiektow monza bylo sie wspinac, dotykac, drapac, wynosic co cenniejsze elementy etc. Z jednej strony nam jako zwiedzajacym bardzo sie to spodobalo, bo kazdy zabytek mozna bylo bardzo dokladnie poznac, ale z drugiej strony prawdopodobnie juz nie dlugo skonczy sie to ich kompletna dewastacja – z czym nie poradzi sobie wszechobecna tropikalna przyroda, zalatwi czlowiek. Dlatego tym bardziej cieszymy sie, ze udalo sie nam przyjechac do Kambodzy teraz, bo przypuszczamy, ze za 10 lat albo na wszyskie obiekty zabytkowe wstep bedzie dla turystow ograniczony, albo nie bedzie juz czego ogladac.

Dzisiaj zwiedzalismy dalsze swiatynie rozrzucone wokol tak zwanej “Wielkiej petli”, czyli bardziej oddalone od Siem Reap. Pogoda byla znacznie lepiej dostosowana do zwiedzania – bylo pochmurno (slonce pojawilo sie tylko kilka razy), wiec upal nie byl juz tak meczacy. Mimo przejechania wiekszego dystansu fizycznie nie czulismy sie juz tak wyczrpani jak w dniu wczorajszym. Widzielismy 7 bardzo ciekawych swiatyn – zwlaszcza ostatnia zrobila na nas tym razem najwieksze wrazenie, bo w jej mury powrastaly bardzo gleboko drzewa, co dawalo malownicze tlo do zdjec :)
Jako ukoronowanie naszej dzisiejszej wycieczki przelecielismy dzisiaj nad Angkor balonem – widok rewelacyjny.

Ruch drogowy w Kambodzy regulowany jest spontanicznie, wylacznie przez jego uzytkownikow – to znaczy, ze na przyklad wlaczajac sie do ruchu wystarczy zajac dowolnie wybrany pas jezdni – moze byc nawet pod prad i w sprzyjajacym momencie mozesz przejechac na wybrany przez ciebie. Wszyscy stosuja tu zasade bezwzglednego braku zaufania do pozostalych uzytkownikow drogi, wiec wypadki sa bardzo zadkie. Wszyscy poruszaja sie dosc wolno dzieki czemu moga szybko zareagowac na zmieniajaca sie na drodze sytuacje.

Potwierdza sie dzisiaj zasada, ze najczesciej napastowana przez handlujace dzieci osoba z naszej grupy jest Karolina, ktora nawet wczoraj wieczorem maly chlopiec objal za nogi zupelnie bezinteresownie :) Dzieki czemu na czas wyprawy dostala pseudonim Angelina Jolie – nie wykluczamy, ze wroci do Polski z kmerskim dzieckiem.