czwartek, 13 marca 2008

Rafting, tracking, sloning i wodospading

Tradycyjnie wstalismy jeszcze za nim na dworze pojawil sie blady swit i zaraz po sniadaniu pognalismy na czekajace nas atrakcje. A trzeba przyznac, ze dzisiejszy program byl bardziej niz napiety. Z samego rana mielismy mozliwosc przejechac sie na sloniach - Karolina i Asia bezposrednio na ich grzebietach. Zaraz potem splynelismy rzeka Kwai na bambusowych tratwach. Po tej atrakcji zostal nam zaserwowany tajski posilek - w niebywale obskurnej i podrzednej knajpie zjedlismy o dziwo bardzo dobry lunch. Chwile odpoczelismy po nim, a nastepnie zaprowadzono nas w gore najwyzszego w tej czesci Tajlandii wodospadu - podejscie pod niego teoretycznie trwa okolo godziny, dlatego nam udalo sie to w ciagu 40 minut - kosztowalo nas to sporo zdrowia, bo wedrowka po gorach w tropiku do przyjemnosci nie nalezy (przepocilem na wylot plecak, ktory mialem caly czas na plecahc :) , ale satysfakcja z dotarcia na miejsce przed wszystkimi rekompensowala wysilek :)









Zmeczenie wzielo gore nad zapalem i w drodze do kolejnej atrakcji spalismy w busie jak zabici, a po obudzeniu w ogole nie moglismy sie odnalezc. Wyladowalismy na stacji stacji starej kolei tajlandzekiej, ktorej torowisko budowali alianccy jency wojenni w czasie II WS - ich tymaczasowy oboz pracy znajdujacy sie w pobliskiej jaskimi mielismy mozliwosc obejrzec. Pol godziny pozniej jechalismy po tym wlasnie torowisku, rozklekotana kolejka. Na koniec naszej dzisiejszej wyprawy d0tarlismy nad historyczny most na rzece Kwai wzniesiony rekami alianckich jencow - co prawda nie zachowala sie oryginalna budowla z tego okresu, a tylko przesla na ktorych stoi nowy most kolejowy - ale fakt pozostaje faktem.









Zmeczeni, ale szczesliwi dotarlismy do hotelu na kolecje.

Brak komentarzy: